Ostrawa z pandemią w tle

Nie mam podróżniczego tematu do opisania, bo dawno na żadnym solidnym wyjeździe nie byłem… Ale chciałem coś napisać właśnie teraz, w czasie pandemii. Epidemii. Światowego amoku. Powszechnego szaleństwa. Totalnego cyrku. Można sobie wybrać określenie. Teraz, dopóki świat jest mniej więcej taki, jakim go znaliśmy do tej pory. Choć już przecież taki sam nie jest. I to bez względu na to, czy ten „koronawirus” jest odmianą grypy [notabene o niższej śmiertelności (sic!) od „zwykłej” grypy], czy jest naprawdę groźny, czy ktoś go stworzył, w imię bliźniego, czy też sam wyewoluował z innego wirusa, czy można się nim zarazić, czy i tak nam go zaszczepią etc.

Jest inaczej. Nie można wyjść na spacer bez psa lub konieczności zrobienia zakupów matce staruszce (ostatecznie sobie samemu). Nie można bez celu pojeździć sobie na rowerze czy samochodem. Od jutra obowiązkowe będą maseczki na twarzach, a już od pewnego czasu maseczki są zalecane a obowiązkowe są rękawiczki, dwa metry odstępu od drugiego człowieka [dotyczy także rodzin (sic!)], wprowadzono ograniczenia poruszania się piechotą po mieście, prawie całkowicie zamknięto przestrzeń publiczną, nie działają usługi, drastycznie zmniejszono dopuszczalną liczbę pasażerów w pojazdach komunikacji zbiorowej i klientów w sklepach wielkopowierzchniowych, zakazano odwiedzin etc. Nie jest normalnie. Nie możemy chodzić do pracy (króluje „praca zdalna”), na basen, a nawet do fryzjera, czy na piwo. Trochę słońca można jedynie zażyć na balkonie, jak ktoś ma, a i to jest niezalecane, gdyż przecież „wirus może się przenosić z wiatrem”. Witaminę D trzeba suplementować, bo to poprawia odporność, choć nie wszyscy o tym wiedzą. Tymczasem rząd zadbał o nasze zdrowie każąc nam sterczeć po 20-30 minut na zimnym wietrze przed wejściem np. do Lidla…

Piszę o tym wszystkim po to, żeby za rok przeczytać ten tekst i pośmiać się, jak to ciekawie było. Obym tylko za rok nie czytał tego z rozrzewnieniem i żalem „jak wtedy jeszcze było normalnie”…

Chociaż nie, jednak mam coś do napisania o podróżach! Byliśmy wszak, w weekend Trzech Króli, z żonką i naszą wspólną koleżanką, i naszym wspólnym kolegą (choć oni wcześniej się nie znali) w Ostrawie. Nie piszę „w czeskiej Ostrawie” celowo. Bo ona nie leży w Czechach (w Republice Czeskiej, a to różnica!). Właściwie są to dwa miasta: leżąca po wschodniej stronie rzeki Ostrawicy Ostrawa Śląska (dawna Ostrawa Polska) i leżąca naprzeciw Ostrawa Morawska, można rzec właściwa Ostrawa (oczywiście każde z tych dwóch miast wchłonęło przez lata całą rzeszę sąsiadujących miejscowości, jak np. Vitkowice czy Svinov).

To trzecie największe miasto Republiki Czeskiej (po Pradze i Brnie) wyobrażałem sobie jako posępny ośrodek przemysłowy. Tymczasem Ostrawa inwestuje w siebie, stawia na turystykę i jest zadbanym, czystym, sympatycznym miastem. W centrum byliśmy na rynku (tj. Placu Tomasza Masaryka), na „knajpianej” ulicy Stodolní, na wieży widokowej Miejskiego Ratusza. We wschodniej, śląskiej części centrum odwiedziliśmy Śląskoostrawski Zamek, notabene zbudowany w XIII z inicjatywy Piastów Śląskich. Spacerując po odnowionej starówce często wpadaliśmy do jakiejś knajpki na obiad – dawno tylu obiadów nie zjadłem 😀 Bardzo dobrze wspominamy obiadowanie np. „U rady”. A smakołyków tamtejszych jest bez liku – od utopenców, przez zupę czosnkową, do nieśmiertelnych i nieodmiennie fantastycznych knedliczków, np. ze Svičkovou.

Poza centrum miasta zwiedziliśmy dawną hutę Vitkovice, obecnie atrakcję turystyczną. Ciekawie się ogląda taki postindustrialny obiekt, z plątaniną ogromnych rur, piecami hutniczymi, z których jeden został przerobiony na kawiarnię, halami i bocznicami kolejowymi, gdzie stoją np. wagony służące do przewozu mającej 1400˚C surówki.

Więcej zobaczyć nam się nie udało, niestety, byliśmy tam krótko, zdecydowanie zbyt krótko!

 

Grabina, 15/04/2020

Sponsored Post Learn from the experts: Create a successful blog with our brand new courseThe WordPress.com Blog

Are you new to blogging, and do you want step-by-step guidance on how to publish and grow your blog? Learn more about our new Blogging for Beginners course and get 50% off through December 10th.

WordPress.com is excited to announce our newest offering: a course just for beginning bloggers where you’ll learn everything you need to know about blogging from the most trusted experts in the industry. We have helped millions of blogs get up and running, we know what works, and we want you to to know everything we know. This course provides all the fundamental skills and inspiration you need to get your blog started, an interactive community forum, and content updated annually.

Gdy mi źle (wschodnie Węgry)…

Gdy mi źle, czasami sięgam pamięcią wstecz. Najczęściej takie moje sięganie wstecz związane jest z nostalgią, ale jednak czasem udaje mi się wyłowić z pamięci coś miłego. Na przykład wiosenny wyjazd na wschodnie Węgry, na którym byliśmy niemal równe 3 lata temu, w kwietniu 2016 roku. Pogoda wspaniale dopisywała, humory generalnie też (z dokładnością do noclegu w Tiszafüred), wino i kulinaria były niezawodnie fantastyczne – zapamiętałem ten wyjazd przemiło.

Zaczęliśmy od Tokaju. To był już nasz któryś kolejny pobyt w tym uroczym miasteczku i później było ich jeszcze wiele. Najbardziej zapadła mi w pamięć z tamtego razu cudowna wiosenna wycieczka rowerowa wzdłuż rzeki Cisy [Tisza] i znakomite jedzenie w knajpie Bonchidai (niejedynej dobrej w Tokaju, choć w tamtym czasie uważanej przez nas za najlepszą). Przede wszystkim jednak, jako miłośników wina, zachwycały nas niezmiennie fantastyczne tokaje (słowo tokaj jest potocznym określeniem win z regionu tokajskiego, a ponieważ jakąś skromną wiedzę na ich temat posiadłem, chyba napiszę oddzielny o nich tekst). Szczególnie upodobaliśmy winiarnię Péter Pince, znajdującą się vis á vis stacji kolejowej w Tokaju, posiadającą – oprócz szerokiej gamy wybornych win – duży i wyeksponowany na słońce taras, na którym spędziliśmy – degustując – wiele miłych chwil (w zeszłym roku zabraliśmy tam znajomych i również byli zachwyceni), a którego dodatkową atrakcję stanowią kosmicznie brzmiące zapowiedzi nadjeżdżających pociągów 🙂

Robiliśmy też z Tokaju wypady. A więc była przeprawa promem do Andrássy Kastély oraz wyprawa do Szatmár.
Na pierwszy ogień poszedł jednak pobliski Tarcal, który zdobyliśmy pociągiem. Miało to tę zaletę, że można było cały dzień degustować wina i pálinki, a pociągi kursują na Węgrzech punktualnie i stosunkowo często, odległość zaś nie jest duża. Nad tym maleńkim miasteczkiem, położonym – podobnie jak i Tokaj – u podnóża i na zboczu góry Kopasz-hegy (potocznie zwanej “górą Tokaj”), góruje figura Chrystusa. Warto się tam wspiąć, choćby ze względu na rozciągający się stamtąd piękny widok całej okolicy.

Drugim celem wypadu był, będący wówczas w ostatniej fazie rewitalizacji, dworek rodziny Andrássy (w m. Tiszadob) – urocza (z zewnątrz i w środku) budowla, położona w pięknym ogrodzie nad starorzeczem Cisy. By tam dotrzeć, przeprawialiśmy się z autem przez rzekę dużym promem spalinowym, takim wożącym również ciężarówki (na wschodzie Węgier mostów na Cisie zbyt wiele nie ma, ich rolę przejmują promy).

Trzecią wycieczkę zrobiliśmy do Szatmár, regionu należącego niegdyś w całości do Królestwa Węgier, słynącego choćby z pysznych śliwkowych naleśników [szatmári palacsinta] – ale nimi akurat zajadaliśmy się w Tokaju – oraz wyśmienitego śliwkowego destylatu [szatmári szilvapálinka]. Największym miastem regionu jest Szatmárnémeti [rum. Satu Mare], ponad-stutysięczny ośrodek, leżący przy granicy z Węgrami w Rumunii. I tam właśnie trafiliśmy. Miasto obecnie średnio ciekawe, zastawione betonowymi, powojennymi blokami, co miało zapewne na celu zarówno odciśnięcie piętna socjalizmu, jak i zburzenie węgierskiego charakteru zabudowy (w efekcie nie ma ona już teraz praktycznie żadnego charakteru).

 

Z Tokaju pojechaliśmy na południe, nad Jezioro Cisa [Tisza-tó]. Jest to sztuczne jezioro, utworzone na początku lat siedemdziesiątych zeszłego wieku, będące siedliskiem niezliczonej wręcz liczby gatunków ryb, ptaków etc. Do tego jest to bardzo malownicze miejsce, zapewniające nie mniejszą różnorodność typowo wodnych rozrywek, niż Balaton, a dużo mniej oblegane turystycznie. Byliśmy tam już raz wcześniej i pozostał nam niedosyt. Przeprawiliśmy się tym samym promem przez Cisę, potem pojechaliśmy drogą nr 36, a następnie drogami lokalnymi przez Pusztę. Puszta (czyt. Pusta), czyli cudownie romantyczny węgierski step, pod którego nieodpartym wrażeniem pozostajemy po dziś dzień. Celem naszym było miasto Tiszafüred, w którym już pół roku wcześniej spędziliśmy parę dni, dni cudownych i zbyt krótkich. Często jednak bywa tak, że dawnego czaru, płynącego z koincydencji danego miejsca i chwili, przywrócić się już nie daje. W całym miasteczku nie mogliśmy znaleźć noclegu. Wydawało się nam wtedy, za pierwszym razem, że „nasz” pensjonat był zbyt drogi i zbyt ciasny i teraz chcieliśmy znaleźć coś innego. I znaleźliśmy w końcu… jakiś zatęchły, nieogrzewany (a noce jednak były chłodne) bungalow, w którym przemęczyliśmy się te 2-3 dni… by z rozpaczy przenieść się do… „naszego” pensjonatu, na kolejne 2 dni i ostatecznie… skrócić pobyt nad jeziorem. Tu nadmienię, że poza sezonem turystycznym baza noclegowa na Węgrzech pozostawia wiele do życzenia i jadąc tam np. w kwietniu czy pod koniec września, lepiej mieć zrobioną rezerwację.

Zdążyliśmy jednak pomoczyć się w termalnym basenie, zjeść w m. Poroszló cudowne domowe strudle (házi rétes) – wypiekane na miejscu wg. tradycyjnej receptury, ciepłe, pachnące i rozpływające się w ustach – i zobaczyć na Puszcie w Karcagu „most”. Obiekt bardzo podobny do tego położonego w ciągu drogi 33 w Hortobágy, tyle że nie przechodzący już nad żadną rzeką i nie leżący w ciągu żadnej drogi, prawdziwy most-widmo. Zdążyliśmy też przeżyć rejs łódką po Jeziorze Cisa, organizowany przez Ökocentrum, czyli leżący w Poroszló edukacyjno-turystyczny ośrodek-akwarium, naprawdę ciekawe, familijne miejsce. „Przeżyć” nie jest tu słowem użytym na wyrost, gdyż w czasie, gdy płynęliśmy płaskodenną łódką wyposażoną w silnik i nawigację, naprawdę silnie wiało. Nie wdając się w szczegóły, po tym rejsie nasza wiara bardzo się wzmocniła, a strudle smakowały nam jak nigdy dotąd 🙂

 

Wyjeżdżając z Tiszafüred zastanawialiśmy się, co dalej. Nie chcieliśmy jeszcze wracać, Eger jakoś też nas nie ciągnął… padło na Miszkolc: spory, przemysłowy i nieco podupadły ośrodek, przed którym się wzbraniałem, a który stał się później jednym z moich ulubionych węgierskich miast. Mówi się, że Miszkolc jest jak obwarzanek, to znaczy w środku nic nie ma, a atrakcje są na obrzeżach. Te atrakcje to: średniowieczny zamek Diósgyőr – o którym poniżej, kąpielisko termalne w naturalnej grocie – czyli Tapolca (odwiedziliśmy je dopiero dwa lata później i rzeczywiście jest bardzo ciekawe) oraz Park Narodowy Gór Bukowych [Bükki Nemzeti Park] wraz z uzdrowiskiem Lillafüred. Ja jednak uważam, że centrum Miszkolca jest całkiem klimatyczne i sympatyczne. Może nie ma tu mnóstwa zabytków i trzygwiazdkowych knajp Michellin’a, ale jest deptak, sporo fajnych skwerków i kafejek, odbudowujące się piwniczki winne na zboczu wzgórza Avas oraz wieża widokowa na jego szczycie. Na Placu Bohaterów [Hősök tere] znajduje się ciekawy pomnik węgierskiej traumy historycznej. Nie wiem, czy jest on akurat najbardziej odpowiedni dla oczu dzieci, gdyż zawiera sporo golizny (choć odlanej z brązu, fakt), nas w każdym razie zafrapował na dłuższy czas i prześcigaliśmy się w wymyślaniu interpretacji. Pomnik nazywa się Miskolc város elesett Hősei, co można przetłumaczyć: Upadli Bohaterowie miasta Miskolc.

Na wzgórzu, oprócz wieży, jest też arboretum, zaś nieco na zachód od centrum, nieopodal zamku Diósgyőr, znajduje się stacja końcowa kolejki wąskotorowej (przy Dorottya utca), którą można wjechać na górę, do Lillafüred a nawet dalej, solidny kawałek wgłąb bukowego parku narodowego. Sam zamek był przez lata siedzibą Ludwika Węgierskiego [Nagy Lajos], w latach 1370-1382 Króla także Polski. Zamek mocno podupadły przez wieki, został ostatnio odbudowany i jest zdecydowanie wart odwiedzin. Obecnie organizowane jest otoczenie zamku, urządzany piękny ogród, wyburzane są rudery. Nie będę się o zamku rozpisywał, bo sporo informacji można znaleźć na jego temat w sieci. Dość powiedzieć, że ma przyjemny dziedziniec, na którym można wypić kawę w słońcu, a po dziedzińcu spacerują sympatyczni i pomocni ludzie z obsługi, podpowiadający dalsze kroki wędrówki po obiekcie. W zamku zrekonstruowano, w duchu epoki, liczne komnaty, przy czym tworzą one ciąg i można przechodzić bezpośrednio z jednej do drugiej przez stylizowane drzwi, co – szczególnie przy małej liczbie odwiedzających – fantastycznie pozwala poczuć klimat dawnych wieków (w czym dodatkowo pomaga odtwarzana muzyka). Można też wchodzić na wieże i zwiedzać zorganizowane wystawy.

 

Z Miszkolca wyjeżdżaliśmy dzień później, niż początkowo planowaliśmy, tak się nam spodobał (mimo „takiej sobie” kwatery), a przed samym wyjazdem zaopatrzyliśmy się jeszcze w supermarkecie w węgierskie specjały oraz wino (dopiero nieco później poznaliśmy się tak naprawdę na czerwonym węgierskim winie i zaczęliśmy zaopatrywać się w nie bezpośrednio u producentów).

To był bardzo udany wyjazd 🙂

 

Warszawa, 29/05/2019

P1040838
Przeprawiamy się z naszym „staruszkiem” przez Cisę

P1040845
Pałac Andrássych…

P1040846
…i ich ogród

P1040887
Szatmárnémeti

P1040911
Puszta

P1040912
Most

P1040922
Centrum Miszkolca widziane w drodze na górę Avas

P1040926
Wiosenny Miszkolc

P1040948
„Upadli Bohaterowie miasta Miszkolc”

P1040951
Deptak z tramwajem w Miszkolcu

Istria – lepsza, niż Włochy

P1050294
Ławka na skraju Humu

P1050296
Jedna z (dwóch) cichych uliczek Humu

P1050325
Poreč – placyk w centrum

P1050333
Vrsar – szczyt schodków prowadzących nad morze

P1050340
Vrsar – przystań

P1050342
Roč – widok z naszego pokoju

P1050345
Grožnjan

P1050351
Grožnjan

P1050352
Grožnjan

P1050370
Motovun

P1050375
Motovun

P1050389
Buzet

P1050382
Buzet

P1050393
Buzet – istryjskie kociaki

P1050410
Novigrad

P1050411
Novigrad

P1050421
Novigrad

P1050415
Novigrad

Na wstępie zaznaczę – wszak rozumiem, że teza zawarta w tytule może wielu przyprawić o uśmiech politowania bądź nawet grymas irytacji – iż nasze oczekiwania względem wyjazdów urlopowych są nieco inne od powszechnie spotykanych. Po pierwsze, nie lubimy tłumów, po drugie, nie lubimy przepłacać (choć cenimy przynajmniej umiarkowany komfort), a po trzecie, nie lubimy upału (choć kochamy słońce). Czyli wybieramy mniej popularne, bardziej kameralne lokalizacje i preferujemy wyjazdy wiosną lub jesienią.

W 2017 roku mieliśmy jechać gdzieś do Włoch. Po „akcji” w Rimini jednak odechciało nam się … No, to może Chorwacja? W Chorwacji byliśmy już w 2011, w kontynentalnej Dalmacji. Do tego – parę razy – odwiedziliśmy stolicę, tj. Zagrzeb. I o ile Zagrzeb polubiliśmy, to Dalmacja nie powaliła nas, choć mogła to akurat nie być „wina” samego regionu, a raczej niekorzystnego splotu okoliczności. Zasłyszeliśmy jednak kilka pozytywnych opinii o Istrii i ostatecznie wybraliśmy ten półwysep w zachodniej Chorwacji na cel naszej zeszłorocznej wyprawy.

Czas na rys historyczno-kulturowy. Będzie krótki. Istria praktycznie do 1945 należała do Włoch, następnie trafiła do komunistycznej Jugosławii, by w 1991 znaleźć się w granicach Chorwacji (znaczna większość półwyspu). Nazwy wielu miast a w nich ulic i placów są tu dwujęzyczne, tj. chorwackie i włoskie, włoski jest notabene drugim językiem urzędowym w całej županiji (odpowiednik polskiego województwa) istarskiej. Nic dziwnego, skoro na chorwackiej Istrii żyje ponad 12 tys. Włochów (ok. 6% ogółu ludności półwyspu), zaś pozostali mieszkańcy posługują się nie mniej biegle językiem włoskim, niż chorwackim. Na przykład, nasi gospodarze, z którymi rozmawialiśmy po chorwacku, hmmm… właściwie to moja żona rozmawiała, jako że posiada wykształcenie filologiczne o specjalności kroatystyka (nawet szerzej – filologia słowiańska)… otóż nasi gospodarze przyznali, że w domu, rozmawiają ze sobą po … włosku.

I tak właśnie jest na Istrii, trochę chorwacko, trochę włosko. Architektura, miasteczka – nadmorskie i te położone w głębi lądu, z wąskimi uliczkami i kamienną zabudową – świetna kawa oraz wino, to klimaty włoskie (jakkolwiek nie obce także np. Dalmacji), sprawiające, że Istria jest cudowna. Chorwaci „dają od siebie” swoją kuchnię, nieco bardziej dla nas zrozumiały język oraz przyjazne podejście do Polaków. I co najważniejsze – bezpieczeństwo: na Istrii jest całkowicie bezpiecznie, czego coraz częściej, niestety, nie można powiedzieć o krajach „starej Unii”!
Pomieszkiwaliśmy w malutkim Roču, z którego robiliśmy wypady (sam Roč obeszliśmy dwa razy już pierwszego popołudnia). Pierwszy wypad – pieszo do Humu, będącego oficjalnie najmniejszym miastem świata.

Hum. Mieszka w nim kilkanaście osób. Peregrynacja nasza była – oczywiście – przetykana postojami na łyk wina 😉 Był październik, a mnie najlepiej się szło w ogóle bez górnej części garderoby na sobie – z przyjemnością absorbowałem jak największą powierzchnią ciała słońce, którego w Polsce w tamtym roku przesadnie dużo nie zażyliśmy. Hum. Kamienny, malutki. Parę uliczek, knajpki, sklepiki. Uroczo. Puściuteńko. Kilkoro turystów poza nami, jakiś autokar – trzeba przyspieszyć lub zwolnić kroku, uff, pojechali sobie. Jakieś piwko, kawka, kilka zdjęć, słońce. Słońce. Słońce! Hum. Piękne widoki ze wzgórza, na którym leży miasteczko. Ławka na skraju, skąpana w słońcu. Na pamiątkę wzięliśmy Biskę, tj. tradycyjną humską nalewkę na „liściach” jemioły…
Na następne wypady trzeba już było brać auto, ale po samej Istrii jeździ się świetnie, przynajmniej w październiku. Z bardziej udanych wycieczek trzeba wspomnieć wizyty w dwóch miejscach, które polecił nam nasz znajomy – Michał, tłumacz chorwackiego i artysta, który Istrię zjeździł wzdłuż i wszerz. Mowa o miejscowościach Vrsar oraz Grožnjan.

Vrsar. Po drodze do celu zatrzymaliśmy się w Poreču. Przebiegliśmy starówkę, ale dość szybko zdecydowaliśmy się jechać dalej, bo wydało się nam zbyt tłoczno. Vrsar za to świecił pustkami. Do tego stopnia, że musieliśmy poszukiwać knajpki na obiad. Bardzo klimatyczne miasteczko. Kamienne, wąskie uliczki, białe kamieniczki z niebieskimi okiennicami (niebieski kolor odstrasza wszelkie robactwo), kościół, palmy, kawiarenki, skwery. Spokojny, nawet – można rzec – październikowo senny. Znaleźliśmy wreszcie knajpkę przy samej promenadzie nad brzegiem Adriatyku, na dole -znaczna część miasteczka leży na wzniesieniu. Okupowaną przez koty. W ogóle wszędzie na Istrii pełno jest tych zwierzaków (może z takiego powodu, że Chorwaci – w przeciwieństwie do Włochów, jak to mi powiedział kiedyś jeden gość z Zagrzebia – nie jedzą kotów ;-)). Nie pamiętam już, co jedliśmy. Chyba jakieś čevapčiči (na pewno nie z kota!), gnocci etc.; no i tę zupę rybną, zupełnie inną, niż znane nam z Węgier, pełną przeróżnych żyjątek morskich (na szczęście już w stanie spoczynku) – starałem się z nimi nie zaprzyjaźniać przed konsumpcją. Ogólnie było nieźle, tak to ujmę. W knajpie, bo w samym Vrsarze było fantastycznie. Udało się nam odpocząć i zrelaksować się. To dla nas bardzo ważne na urlopie, a nie zawsze osiągalne.

Grožnjan. Droga wspina się. Nieutwardzona, szutrowa. Jedzie się, hmmm, bardzo ciekawie. Potem okazuje się, że skręciłem za wcześnie i wjechaliśmy do miasteczka drogą boczną. Można rzec – nieoficjalnie. Na górze parking, przy krawędzi stromej skarpy, widok zapierający dech. Kilka kroków pieszo i wchodzimy bramą do miasteczka. Cicho, spokojnie, ale nie sennie. Może dlatego takie wrażenie, że więcej słońca, niż na wybrzeżu (zawsze tak było podczas naszego pobytu – jak zjeżdżaliśmy już choćby kawałek w dół z naszego Roča, robiło się mglisto, podczas gdy w samym Roču upał i „lampa”). Kamiennie, wąsko, ale nie duszno. Kameralne zaułki, zadbane, schludne. Kościół. Mur okalający teren przykościelny. Za murem z jednej strony koniec miasteczka, urwisko. Przy samym murku kafić. Kawiarenka. Kawa znakomita, jak to w Chorwacji. I z jakim widokiem! W Grožnjanie na szczycie świata chciałoby się trwać jak najdłużej.

Z Istrii bardzo sympatycznie zapamiętaliśmy też nadmorski Novigrad. Może to ten sam, w którym Vespula pogoniła swego czasu Jaskra, a może nie 😉 W każdym razie suhe smokve (suszone figi) i świeże mandarynki, jedzone na ławce na przystani nad Adriatykiem, zrobiły na nas wrażenie piorunujące. Całkiem przyjemna, choć mało turystyczna (a może właśnie dlatego?), była również stara część miasta Buzet. Położona na wniesieniu, jak wiele oddalonych od wybrzeża miasteczek tego rejonu, oferuje fantastyczne widoki na przepiękną okolicę, w tym wijącą się dołem rzekę Mirną.
Niestety, podczas tego krótkiego pobytu nie dane nam było spróbować słynnych istryjskich trufli, a nawet lokalnego wina (choć piliśmy znakomite Macedońskie). Mamy dzięki temu silniejszą motywację, by znów tu zawitać.

Wszystko to (plus znakomite warunki kwaterunkowe za rozsądną cenę u naszych przemiłych gospodarzy – Edy i Pina) sprawia, że już odkładamy złocisze na kolejną wyprawę na ten uroczy półwysep. A nuż tym razem wiosną? Może już w 2019 się uda?

Warszawa, 18/08/2018

Wycieczka do Grodna, marzec 2018

Do pociągu wsiedliśmy ok. godz. 8 na dworcu Warszawa Wschodnia, ale pierwsze atrakcje pojawiły się “dopiero” jakieś dwie i pół godziny później, jak nam zaczęli wagony przepinać w Białymstoku. Pociąg “Hańcza” ma bowiem aż trzy stacje docelowe: część wagonów kończy jazdę w Białymstoku, część (większa) jedzie do Suwałk przez Augustów, a część (nasz i jeszcze jeden) tnie pojedynczym torem (za to zelektryfikowanym!) do granicy światów w Kuźnicy i nawet dalej, do samego Grodna. W Kuźnicy znów postój, tym razem polska kontrola graniczna. Ruszamy wreszcie. Droga prowadzi przez ośnieżony las, torowisko jest obustronnie ogrodzone. Po chwili białoruscy funkcjonariusze wchodzą do naszego przedziału. Jadący z nami w przedziale polski Białorusin (nie, zaraz… białoruski Polak, a może raczej Białorusin polskiego pochodzenia) pokazał swój granatowy paszport, my swoje czerwone, gościu kiwnął na swojego kolegę (“Dawaj dwje!”) i tamten wręczył nam dwa formularze graniczne, do wypełnienia. Trzeba wypełnić obie części identycznie, bo jedną zabiorą, a drugą będą sprawdzać przy wyjeździe i lepiej, żeby nie odnotowali różnic. Nagle granica – przecinka w lesie, “obsadzona” wzdłuż słupami granicznymi, jakieś druty, piszczyk z czerwoną migającą lampką i… tyle, jesteśmy na Białorusi. Skomentowaliśmy to z naszym zaprzyjaźnionym Białorusinem, że drzewa i śnieg po obu stronach granicy są takie same, więc czy to rzeczywiście inny świat…? Nagle stajemy, jakiś posterunek, pogranicznicy, psy. Ale takie raczej psiaki, poczciwe, niegroźne. Miały dużo frajdy na śniegu, obwąchały pociąg z zewnątrz w poszukiwaniu… one na pewno wiedziały, czego szukają, ale najwyraźniej nie znalazły, bo… jedziemy dalej. Jakieś sporadyczne domy, stacyjki, wreszcie przedmieścia Grodna, bloki, fabryki, bloki, domy, bloki, ulice, bloki, bloki, bloki… Most na Niemenie (ha ha, raczej Niemnie) i już jesteśmy we właściwym Grodnie, jeszcze chwila i wysiadamy na dworcu.

Jest 15.12 (jakie te pociągi teraz punktualne się zrobiły!), choć w Polsce dopiero od 12 minut można pić – tam jest bowiem 13.12. Cyrylicą wypisane “ГРОДНО” (czyli po rosyjsku, przez “o”, po białorusku byłoby przez “a” – “ГРОДНA”, czyt. “Hrodna”), budynek odnowiony, ale w stylu jakimś chyba radziecko-futurystycznym, w ogóle niepodobny np. do dworca w Białymstoku. Stoi mundurowy w futrzanej czapie, temperatura chyba z -12* (jak wyjeżdżaliśmy z domu było -19*, czyli wreszcie cieplej), piękne słońce. Napatrzyliśmy się na budynek dworca i otoczenie, no i chcemy już schodami wychodzić na miasto, a tu figa – jedyna droga prowadzi do budynku dworca, gdyż schody do miasta zagrodzono specjalnie dla nas i na tle ogrodzenia ustawiono owego mundurowego w czapie. Jak już wszyscy pasażerowie “Hańczy” znaleźli się w hali odpraw, mundurowy zamknął za nami drzwi na cztery spusty. Stoimy w kolejce, dwa czy trzy stanowiska odprawy, ale po 15 minutach nie posunęliśmy się nawet o krok. Za chwilę jednak ruszyło i już poszło szybko – w okienku wręczyliśmy paszporty i inne “bumagi” (tj. wypełnione formularze graniczne oraz – przygotowane zawczasu przez biuro podróży BIAL-TUR, po 100 PLN/os – przepustki i obowiązkowe ubezpieczenia), mundurowy spojrzał sympatycznie na mnie i na Olę i… wbił nam pieczątki do paszportów, po czym otworzył bramkę. Poszliśmy dalej z głupimi minami, stwierdziliśmy bowiem, iż na reżimie najlepiej robić wrażenie “liche i durnowate”. Funkcjonariuszka, która nas przejęła kazała mi położyć walizkę na taśmie i zrobiła jej tomografię. Nic nie znalazła (torby z laptopem, którą miałem na ramieniu na szczęście nie chciała prześwietlać, choć mogłem tam przecież mieć wszystko… albo nic), więc przeszliśmy dalej, rozpływając się w ukłonach i uśmiechach (z reżimem trzeba umiejętnie i psychologicznie). O walutę na pobyt (trzeba mieć równowartość 22 EUR na osobę na dzień) nikt nawet nie pytał. I… naprawdę znaleźliśmy się na Białorusi, tj. w poczekalni dworca. Wspomnę w tym miejscu, iż nasz znajomy z pociągu, Lieanid, jeszcze zanim pociąg dotoczył się do Grodna, wziął swoje wielkie torbiszcze i wyszedł bez słowa z przedziału, choć wcześniej konwersowało się nam całkiem składnie (jakkolwiek on zapewne rozumiał więcej od nas – takie spostrzeżenie poczyniliśmy później – Białorusini lepiej rozumieją polski, niż my ich mowę). I już nie spojrzał na nas ani razu, tak w wagonie, jak i później, podczas odprawy. Być może uświadomił sobie, że za dużo złego nagadał na Łukaszenkę w czasie jazdy…

Kurczę, muszę skracać to jakoś, bo stronę “jedenastki” już nasmarowałem, a jeszcze z dworca nie wyszliśmy nawet 😀 No to teraz nieco szybciej: spacer, rozlokowanie się w mieszkaniu przy samym Placu Sowieckim, spacer, obiad w Semaforze, spacer, cerkiew Kołożska z XII w. (sic!), spacer, o cholera, jaki mróz!, zakupy, wieczór przy tutejszym koniaku, wygodne łóżko; dzień II – rano czaj i koniak dla pokrzepienia, spacer, śniadanie w Kommunarce (lokal firmowy zakładów cukierniczych, świetny!), spacer, Stary Zamek, Nowy Zamek, muzeum, spacer, obiad (Semafor, a jakże!), spacer, Cmentarz Farny z grobem Elizy Orzeszkowej, spacer, mróz i jeszcze ten śnieg zacinający w twarz!, odpoczynek i krótkie ogrzanie w mieszkaniu przy łyku koniaku (albo dwóch), spacer, kolacja (nie byłem głodny, ale Ola nalegała), dom towarowy, spacer, znów wieczór z koniakiem etc.; dzień III – rano wymiana złotówek na białoruskie ruble w oficjalnym kantorze z pieczątkami (bo najwyraźniej wzięliśmy tych rubli za mało), spacer, śnieg, kawiarnia, muzeum w pięknym pałacu Chreptowiczów, wizyta na jarmarku (Kaziuki się nam trafiły akurat!), “wymeldowanie”, obiad (dla odmiany, w Semaforze), spacer na dworzec, piękne słońce, kolejka, odprawa, kolejka, sklep bezcłowy, odjazd punktualnie o 16.31 i… koniec opowieści!… hmmm, może jednak coś jeszcze dodam;-)

Garść ogólnych wrażeń z ulic Grodna.

Po pierwsze… a jakże: Białorusinki 🙂 Te młode to prawdziwe krasawice, czerwone usta, długie włosy, spódnice/spódniczki, rumiane buzie, ciałko jest, gdzie trzeba, nie ma, gdzie nie trzeba, ogólnie super! Zresztą statystycznie co czwarta z nich to Polka. I często uśmiechały się mijając mnie, co zresztą uznałem za ich zaletę, myślałem bowiem, że to do mnie się tak szczerzą. Dopiero potem sobie uświadomiłem, że jako jedyny w mieście miałem czapkę nie zasłaniającą czerwonych od mrozu uszu 😀 W ogóle stwierdzam, że oni się strasznie przegrzewają na tej Białorusi, byliśmy tam chyba najlżej ubranymi ludźmi powyżej 21 roku życia (młodszych grzeje młodość, wiadomo, więc ubierać się nie muszą przesadnie). Na ulicach królowały kożuchy i futra, choć taka pogoda w marcu  również w Grodnie była ewenementem (o czym dowiedzieliśmy się od przemiłej, odzianej w kożuch “ciotki” na Cmentarzu Farnym). Starsze Białorusinki sympatyczne, choć często o wyglądzie “ruskiej baby” ([edit] “Nie pisz tak, one były w większości eleganckie, mało która wyglądała na ruską”! :-)))), starsi jegomoście za to bardzo często o wyglądzie klasycznego “Chruszczowa”. Podobno wszyscy (czytaj: kobiety) ubrani generalnie dobrze i w miarę modnie, bez tandety, choć z takim pewnym wschodnim sznytem, ale o to już musiałbym dopytać Olę, gdyby ktoś prosił o szczegóły. Ogólnie ludzie są tam przemili! W ogóle nie wysilaliśmy się na używanie innego języka, niż polski i ANI RAZU nikt nie spojrzał na nas krzywo, nie udawał, że nie rozumie etc. Załatwiliśmy i dowiedzieliśmy się wszystkiego, czego chcieliśmy, bez żadnego problemu, a bardzo często wręcz nas “niańczono”, takie odnosiłem wrażenie.

Centrum miasta zadbane i czyste, choć wystarczy już wejść na klatkę bloku, czy wyjść w mieszkaniu na balkon, by to wrażenie pełnej estetyki prysło. Na ulicach nie widziałem nietrzeźwych, za to sporo milicji, która tej trzeźwości pilnuje. Zawsze tak w życiu jest – coś za coś. Choć tak po prawdzie, to wcale aż tak znowu dużo tych milicjantów nie było (a i tak bardziej przerażające bywały babki pilnujące zwiedzających w muzeum). W mieście sporo zieleni (uruchamiałem wyobraźnię) i przestrzennie, oczywiście “Wódz Rewolucji” stoi na wielkim pustym placu, żeby tradycji stało się zadość. Rzeka Niemen przepiękna, zupełnie nieuregulowana, niemal dzika. Co ciekawe, poziom Niemna w Grodnie stanowi jeden z najniżej leżących punktów na całej Białorusi (ok. 90-100 m npm). Na lewym brzegu nieczynna zimą przystań rzeczna – transport wodny, który w Polsce jest praktycznie w zaniku, na terenach dawnego ZSRR ma się wciąż nieźle.

Sklepy dobrze zaopatrzone, liczne, podobnie knajpy i kawiarnie. Samochody średnio lekko starsze, niż na polskiej “prowincji”, sporo starych Audi i BMW; autobusy nowe, niskopodłogowe, ale za to trajtki retro (dla przypomnienia: trolejbus to rozpowszechniony głównie we Wschodniej Europie i Rosji środek transportu drogowo-elektrycznego, czyli coś, jak “czasoprzestrzeń” w wojsku). Natomiast ciężarówki zupełnie odlskulowe – Ziły, Krazy etc. Duże wrażenie robiło na mnie wywożenie śniegu z centrum tymi wehikułami, ale o wrażeniach za chwilę. Znaczny odsetek pojazdów realizujących idee transportu publicznego stanowiły oczywiście nieśmiertelne “marszrutki”. Jednak wiele na temat komunikacji zbiorowej w Grodnie nie powiem, bo wszędzie chodziliśmy pieszo. Notabene to był kiedyś mój konik – komunikacja miejska – i uświadomiłem sobie, że jeszcze 10 lat temu zacząłbym wizytę w mieście od objechania go trolejbusem. Dziś jednak ograniczę się do zamieszczenia pod niniejszym tekstem schematu linii trolejbusowych w mieście Grodnie, jak to ludzie się jednak zmieniają…

Z miastem związani byli m.in. Eliza Orzeszkowa, Zofia Nałkowska oraz Czesław Niemen. Niestety, wielu śladów polskości poza kościołami (szkoda, że nie udało się nam odwiedzić Katedry), niektórymi cmentarzami oraz muzeami (polecam to w Nowym Zamku) nie widać.

Co zrobiło na mnie największe wrażenie?

Przede wszystkim to, że 20 km od polskiej granicy (5 km najkrótszą drogą, od granicy miasta do granicy państwowej) leży miasto, które kiedyś było polskie, którego większość mieszkańców stanowili Polacy (a na drugim miejscu, daleko w tyle, byli Żydzi), które w pewnym okresie nieformalnie pełniło funkcję stolicy Rzeczpospolitej, jako że mieszkał tam i urzędował Król Stefan Batory (tam zresztą zmarł, w grudniu 1586)… W którym zbierały się sejmy (także niesławny sejm grodzieński z 1793), w którym nadal mieszka prawie 90 tys. Polaków… A które jest tak daleko od nas, że do września 2016 praktycznie nie można było tu przyjechać (aby uzyskać wizę, trzeba było mieć zaproszenie od kogoś z Białorusi) i w którym jednocześnie nadal jest ulica Dzierżyńskiego, Lenina, Marksa, Sowiecka, stoi pomnik “Wodza Rewolucji”, a milicjanci mają na czapkach czerwone, pięcioramienne gwiazdy…;

Zaraz po tym – sympatyczność i otwartość ludzi, nawet względem takich nastroszeńców, jak my;

Po trzecie – świetne jedzenie, koniak, a nawet czerwone wino białoruskie (z winorośli najczęściej mołdawskiej, gruzińskiej lub armeńskiej); znakomita również okazała się jakość rękodzieła na Kaziukowym jarmarku;

Po ente – strefa czasowa, o dwie godziny “późniejsza” od polskiego czasu zimowego, dzięki czemu w Grodnie na początku marca jeszcze o 19.30 było zupełnie widno;

Imponująca także jest ta zgodna (w przeciwieństwie do zachodnioeuropejskiej) wielokulturowość miasta, w którym na przestrzeni burzliwych wieków mieszkali i nadal mieszkają razem katolicy, wyznawcy prawosławia, ewangelicy, Żydzi i Tatarzy.

O jedzeniu i piciu chciałem nieco więcej napisać, jako że to mój odwieczny konik (przy okazji pozdrawiam serdecznie moją wątrobę!). Z tego, co się zdążyłem zorientować, jedzenie typowo białoruskie jest proste i skromne. Podobne trochę do tego (co nawet nie dziwi), które jedliśmy w zeszłym roku na sąsiedniej Suwalszczyźnie; oparte na ziemniakach i mące, z dodatkiem mięsa, ryb, grzybów, a więc wszelkiego rodzaju zeppeliny, baby i placki ziemniaczane, w różnych konfiguracjach, w kociołkach, ze śmietaną etc.; pierogi, choćby z serem i suszonymi morelami; bliny, także w formie pizzy, a więc dużego koła, z wędzonym łososiem, śmietaną i serem; świetne zupy, by wymienić słynną solankę, czy zupę serową itp. Pamiętać jednak należy, że w skali Białorusi Grodno to niemal dziki zachód, miasto inne od pozostałych, a więc być może nie do końca reprezentatywne. W każdym razie w naszym “Semaforie” wszystko było świeże, gorące i pyszne. W kawiarniach (np. w Kommunarce) można dostać dobrą kawę i niezły tort, np. jakiś chyba “słony”, który wcale nie był słony, za to nieprzesłodzony, składający się z wielu cienkich placków poprzekładanych kremem budyniowym (w niektórych regionach Polski podobne ciasto jest znane pod nazwą “sybirak”) – naprawdę znakomity. Ciekawostką ustrojową jest fakt, iż każde menu jest zatwierdzone na dany okres (np. dwa miesiące), ostemplowane i podpisane przez właściwe osoby. Socjalizm nie pozostawia miejsca przypadkowi 😉 Alkohole zaś typowo białoruskie to przede wszystkim wódka, w tym wytrawne nalewki oparte na tradycyjnych recepturach (np. balsam “Krambambulia”). Przez długi czas poszukiwaliśmy w sklepach polecanej na blogach, rzekomo kultowej “harełki”. Dopiero później dotarło do mnie, że po białorusku przecież “g” czyta się “h”, czyli z tej “harełki” robi się gariełka, czyli po prostu gorzałka. Również świetne są na Białorusi koniaki oraz wino. Winorośl raczej tam nie ma szans obrodzić, ale od czego są zaprzyjaźnione Państwa, w których nie ma chyba roku, by nie obrodziła. I tak – wina widziałem armeńskie i mołdawskie oraz białoruskie, jednak na importowanych winogronach, koniaki zaś głównie mołdawskie i gruzińskie oraz – także – białoruskie (tj. rozlewane na Białorusi). Muszę przyznać, że czerwone wina smakowały mi wielce prawie wszystkie, zaś koniaki w zdecydowanej większości. Co ciekawe, procentową zawartość alkoholu na butelkach wina podaje się na Białorusi w przedziałach, np. 10-13%.

Mógłbym tak jeszcze długo lać wodę, ale muszę iść na obiad. Zresztą, do Grodna na pewno jeszcze przyjedziemy, bo bardzo sympatycznie wspominamy tę wizytę i gościnnych mieszkańców!

Warszawa, 07/03/2018